piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 10 — Pułapka


Atena nie odezwała się choćby słowem przez cały monolog Afrodyty. Słuchała z pełnym skupieniem, przyjmując do siebie każde wypowiedziane słowo. Jednak kiedy nastało milczenie, Atena westchnęła cicho i oświadczyła:
— Nie potrzebuję walczyć z moim bratem, by udowodnić, że jestem od niego lepsza. Dzięki konfliktowi między nami mogę chociaż trochę odwieść Eleonorę od działań, zniszczyć ją, nie łamiąc przyrzeczenia, które dałam Wielkiemu Ojcu. A Ares? To tylko głupia kupa mięśni, która walczy w moje imię, myśląc, że działa przeciwko mnie. Ma sztylet potrafiący nas zabić? Nadal żyję. — Wskazała na siebie. — Ma serce Zapomnianej Bogini? I co z tego? On nie potrafi myśleć, nie umie wykorzystać okazji.

Wyszła na zewnątrz, zabierając ze sobą ukochaną włócznię, która do tej pory stała oparta o altankę. Obróciła ją w dłoni i gwałtownie wymierzyła trzon w krtań Afrodyty. Zimne ostrze dotknęło nieskazitelnej skóry bogini miłości, sprawiając, że nieprzyjemne dreszcze przeszły przez jej ciało. Afrodyta opuściła głowę ku podłożu, zamykając oczy, by moment zastanowić się nad tym, co dalej ma począć. Nie zaprzeczała — przerażał ją chłód wydobywający się z oczu Ateny. Jej obojętność zatrważała i, choć nawet najbardziej ostre ostrze nie było zdolne przebić ciała boga, to nadal obawiała się o własne życie. W myślach Ateny unosiły się kuszenia, które zachęcały ją do pozbycia się problemu, do zabicia Afrodyty. Bogini miłości wsłuchiwała się w każde słowo, czując, z jak wielkimi pragnieniami walczy córka Zeusa.
Niespodziewanie obie kobiety zwróciły się w jednym kierunku, równocześnie wyczuwając przybycie człowieka do świata bogów.
— Wszystko wiem i wszystko, co wiem, musi zostać spełnione — powiedziała niemal szeptem Atena. — Wejdź! — zwróciła się do mężczyzny stojącego przy wejściu.
Afrodyta niemal natychmiast przybliżyła palec do broni i odsunęła ją od siebie. Przysunęła się do znanego jej mężczyzny, do Strażnika Miecza i jednego z wiernych sług Ateny, Erika. Położyła dłoń na jego policzku, muskając znajdujące się pod krótkimi włoskami blizny z dawnych wojen. Pamiętała go jeszcze jako niedojrzałego chłopca, biegającego wraz z przyjaciółmi po pałacu bogów, by po raz pierwszy zostać przedstawionym Zeusowi. Teraz jednak Erik przewyższał boginię o głowę, a jego mięśnie napinały się jak u prawdziwego wojownika, choć nie przypominał w niczym Aresa.
— Witaj, Strażniku — przywitała się, gładząc opuszkami palców po zarośniętych policzkach.
— Witaj, Afrodyto — odparł sucho. — Pozdrawiam cię, wielka Ateno. Zrobiłem, co nakazałaś.
Afrodyta raptownie odwróciła się i zajadle spojrzała na Atenę, szukając w jej postawie jakichkolwiek odpowiedzi. Jednak kiedy wyraz twarzy kobiety nie zmienił się, bogini miłości spytała:
— Coś ty narobiła, głupia?
— Głupia? — odpowiedziała pytaniem. — Ares zabił dla mnie Zapomnianą Boginię, zdobył jej serce i musi teraz nauczyć się je kontrolować. Zanim tego dokona, Erik pójdzie do Penelopy i zabierze ją do naszego świata. Eleonora tym razem nic nie może zrobić, więc… — Rozłożyła ręce. — Jestem przygotowana.
Wskazała dłonią na Erika, który trzymał nieustannie rękę w kieszeni. Stał wyprostowany, kierując swe spojrzenie gdzieś w nieznanym kierunku, aby tylko nie patrzeć na boginię.
Afrodyta cofnęła się nieznacznie, potajemnie szukając drogi ucieczki. Powoli rozglądała się za najlepszymi możliwościami, choć miała nadzieję, że wystarczy jej mocy na oczarowanie Erika i przedostanie się obok niego.
Niedaleko samego ogrodu rozległy się hałasy. Niezwykłe poruszenie zapanowało wśród bogów, a powód takiego wydarzenia nie był kobiecie znany. Obejrzała się w stronę Ateny, złudnie i niepotrzebnie szukając wyjaśnień, lecz ta tylko wyprostowała się dumnie. Delikatny uśmiech objął jej twarz.
— Ateno, czy ty naprawdę nie widzisz, do czego tak naprawdę dążysz? — spytała Afrodyta, starając się jak najdłużej podtrzymać rozmowę.
— Dążę do całkowitego zwycięstwa. A to zwycięstwo nie może zostać mi odebrane przez któregokolwiek z bogów. Erik — zwróciła się do mężczyzny — pokaż jej.
Erik rozpiął ciemną, skórzaną kurtkę ze współczesnych czasów, po czym wyjął zza niej wielkie sztylet o długości trzydziestu centymetrów, zakończony posrebrzaną rączką. Afrodyta nigdy wcześniej nie widziała broni zdolnej zabić bogów, lecz jedno spojrzenie wystarczyło jej, by zrozumiała, z czym ma do czynienia. Ostrze potrafiące przeszyć serce boga i sprawić, że zniknie na zawsze, znajdowało się w zasięgu dłoni, choć powinno spoczywać w rękach Aresa.
Szaleńcze dreszcze przeszły przez ciało bogini miłości. Złapała się za ramiona, po czym przesunęła je w okolice złotego pasa.
— Czy to nie jest… — zaczęła.
— Tak, to jest bliźniaczy sztylet — dokończyła Atena, podnosząc obraz, który wcześniej Afrodyta odrzuciła. Otrzepała go z brudu i ponownie położyła w altance. — Kiedy tylko zostały stworzone, ukryłam oba w różnych miejscach na taką okazję. Ares myśli, że ma jedyną bron, ale myli się. A wiesz, co to oznacza?
— Że… — Gwałtownie zasłoniła ręką usta i pognała przed siebie. Nie czekała już dłużej, gdyż uzyskała pewność co do zamiarów Ateny.
— Każdy bóg, który będzie próbował zdradzić Zeusa i samemu zdobyć Zapomnianą Boginię, spotka jedyna i słuszna kara — dokończyła Atena.
Afrodyta raptownie rzuciła się do biegu, posyłając uśmiech pełen pożądania w stronę Erika, lecz na próżno. Mężczyzna wymierzył ostrze w stronę Afrodyty, wykonując zamach, gdy kobieta znalazła się wystarczająco blisko niego. Uchyliła się, uderzając głową o posadzkę.
Nie zamierzała się poddać. Pragnęła walczyć z całych sił. Złapała Erika w kostce, po czym przyciągnęła go do siebie, rzucając nim o kolumnę; za słabo. Na marmurze nie pozostał najmniejszy ślad po uderzeniu, a mężczyzna natychmiastowo wstał i rzucił się na boginię.
Afrodyta korzystając z ostatnich sekund, podniosła się i pobiegła w stronę wyjścia, gdy nagle Atena wykręciła jej nadgarstek i silnie przydusiła do kolumny. Wyrywała się, szarpała, ale posiadała zbyt mało siły w stosunku do bogini wojny.
— Przepraszam — szepnął Erik, otrzepując się z kurzu. — Następnym razem…
— Nie przepraszaj — przerwała mu spokojna Atena. — Podziwiam cię za to, że stawiłeś jej opór. A jeśli chodzi o ciebie, Afrodyto — zwróciła się bezpośrednio do przetrzymywanej — sprawiasz mi kłopoty od zarania dziejów. Jednak zawsze i tak korzystam na twoich działaniach. Powiedziałaś Penelopie, by uważała na mężczyznę za dwa dni, dlatego Erik uratuje ją jutro... A dzisiaj twój najdroższy mąż przygotował dla ciebie klatkę za to, że zdradziłaś Zeusa i przeszłaś na stronę Eleonory.
— Na Zeusa, nie obchodzi mnie wasza przeklęta walka, ale klnę się na moje dzieci, że zabiję cię, Ateno! — wysyczała.
— Jawny bunt przeciwko Olimpowi.
— Jesteś żałosna. Myślisz, że mądrość ci wystarczy. Pamiętaj, że miłość zawsze oślepia. Nieważny rozum czy zdrowy rozsądek, miłość wszystko przyćmi.
Atena zacisnęła uścisk na nadgarstku Afrodyty, jeszcze mocniej przyciskając ją do kolumny. Oderwała ją gwałtownie od niej i podepchnęła w stronę altanki, która roztrzaskała się na kilka fragmentów. Szybko podeszła do pokonanej, łapiąc ją za włosy i szarpiąc za nie. Atena pociągnęła za sobą boginię miłości, której opór stawał się nieznaczny, aż w końcu całkowicie zanikł.
— Ateno, może wystarczy… — odezwał się wstydliwie Erik w chwili słabości. Chciał podejść, przerwać niepotrzebny ciąg cierpienia i upokorzenia, ale w ostateczności zatrzymał się, pochylając ku podłożu głowę.
— Zdradziła nas, więc to nie wystarczy — wyjaśniła. — Powinnaś być tą, którą pożądają, a nie taką, która pożąda. Tak łatwo dałaś się zmanipulować Eleonorze — słowa skierowała do bogini.
Afrodyta wykręciła głowę, jak najdalej tylko mogła, by móc popatrzeć Atenie prosto w oczy i rzec:
— To nie ja dałam się ponieść zazdrości.
— Nie jest znana mi zazdrość.
— Kłamca — odparła lakonicznie. — Nie rozumiem tylko, dlaczego ten kłamca tak długo czekał, by mnie upokorzyć?
Atena zatrzymała się.
— Chciałam cię posłuchać, zrozumieć, jakimi emocjami darzysz Pavora czy Eleonorę. Potwierdziłam swoje rację, a teraz tylko mogę dać Aresowi i Erikowi działać.
Atena skinęła na Erika.
Mężczyźnie wystarczył tylko ten gest. Skłonił się. Wyszedł z ogrodu, kierując się ku głównej bramie, przez którą mógł przejść do świata ludzi. Zostawił za sobą dwie kobiety, ale lękał się tego, do czego będzie zdolna jego bogini, jak daleko się posunie? Teraz jednak zostało powierzone mu zadanie, które musiał wypełnić za wszelką cenę. Nie miał prawa rozważać nad decyzjami Ateny, choć nie zawsze wydawały mu się słuszne.
— Nie odwracaj się, nie odwracaj się — pomrukiwał nieustannie pod nosem.
Nie powinien interesować go los Afrodyty ani innego boga, który zadrze z Ateną i dopuści się zdrady Olimpu. Jednak dochodząc do bramy, mimowolnie i nieświadomie zwolnił, aż zatrzymał się. Do jego uszu nagle doszły krzyki Afrodyty. Podskoczył z przerażenia, a w dłoni mocno ścisnął sztylet, którego był strażnikiem.
To nie w tę ziemską dziewczynę winien być wymierzony, pomyślał, choć zaraz skarcił się za to. Świadomość cierpienia, jakie zadałaby mu Atena, gdyby usłyszała te słowa, sprawiła, że ruszył przed siebie. Wmawiał sobie, że Afrodyta nie jest w stanie zginąć od ciosów drugiego boga. Tłumaczenia nie dawały mu satysfakcji, ale przynajmniej na moment koiły poczucie winy.
Wrzaski stawały się nie do zniesienia, mimo to żaden z bogów nie wyszedł i nie ruszył na ratunek ukochanej bogini. Panowała całkowita pustka. Pustka, która nigdy wcześniej nie dosięgnęła Olimpu. Ogród przechodził w nicość, ściany zlewały się z przejściami do pozostałych pomieszczeń, blednąc i łącząc się w jedno.
Bezlitosna cisza zapanowała na Górze Bogów.

***

Penelopa odchyliła głowę do tyłu, wciągając głęboki haust ciepłego powietrza, aż kichnęła donośnie, strasząc przechodzącego obok niej psa. Zapięła aż pod samą szyję bluzę, po czym rozejrzała się wokół placu zabaw w poszukiwaniu Etylii. Driada zazwyczaj nie wychodziła zaraz po przybyciu Penelopy, ale nigdy nie czekała aż tak długo.
— Gdzie jesteś? — spytała, spoglądając na godzinę na telefonie; minęło niemal piętnaście minut od jej przyjścia.
Zaniepokojona wstała, podchodząc do dębu, którym opiekowała się driada. Przybliżyła twarz do kory i szepnęła czule:
— Przepraszam za to, co ostatnio powiedziałam. Tak naprawdę czuję się zagubiona, a moc sprawiła mi wiele problemów. Ale nie żałuję, że cię poznałam, wręcz przeciwnie, więc… — Przełknęła ślinę. — Proszę, wyjdź, Etylio.
Kornelia wyszła zza bloku i gwałtownie zatrzymała się. Przymknęła powieki, zrobiła z dłoni daszek i skierowała wzrok prosto na Penelopę, zastanawiając się, co tak naprawdę dziewczyna wyrabia. Stała oparta twarzą o drzewo i gadała do niego, co poważnie zmartwiło Kornelię. Rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt z natrętnych sąsiadów nie przechodzi obok, po czym podeszła do Penelopu, zagadując do niej:
— Wiem, że chciałabyś w końcu przeżyć swój pierwszy pocałunek, ale całowanie się z drzewem nie jest dobrym pomysłem.
Penelopa wzdrygnęła się. Złapała się za pierś i wzięła głęboki wdech. Jej źrenice rozszerzyły się, a na ciele pojawiła się gęsia skórka.
— Kurde, wystraszyłaś mnie! — krzyknęła Penelopa. — I skąd to nagle wredne poczucie humoru?
Wzruszyła ramionami.
— Nauczyłam się od ciebie — wyjaśniła krótko. — Ale przechodząc do sedna sprawy: dlaczego wypisałaś się ze szpitala?
Kornelia założyła ręce na piersi i posłała Penelopie przenikliwe spojrzenie, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że zamierza czekać, aż dostanie odpowiedź. Penelopa tylko westchnęła. Oparła się plecami o drzewo, w dalszym oczekiwaniu na przybycie Etylii.
— Nie wiem. — Opuściła w bezradności ręce. — Zachowuję się pewnie jak jakaś gówniara z bajeczek dla nastolatek, ale przez cały czas… — Zamilkła. Przetarła dłońmi twarz. Była bliska płaczu. Błądziła wzrokiem po okolicy bez najmniejszego sensu. Czuła się taka zagubiona.
Pomimo milczenia, Kornelia nadal cierpliwie czekała, aż Penelopa zbierze się na odwagę i w końcu będzie zdolna kontynuować.
— Czy kiedykolwiek miałaś wrażenie, że cokolwiek byś nie zrobiła, jakiekolwiek decyzji byś nie podjęła, twoje życie, działania, plany są z góry ustalone? — spytała, kierując wzrok w stronę Kornelii.
Dziewczyna podeszła i również oparła się o dąb.
— Nie lubię planować, bo życie jest nieprzewidywalne — powiedziała powoli Kornelia.
Penelopa zmarszczyła czoło.
— Ty nie lubisz planować? — dopytała, po czym ryknęła śmiechem. — A ja myślałam, że to Pavor umie opowiadać najlepsze bajeczki!
— Haha, bardzo śmieszne. To, że tego nie lubię, nie oznacza jeszcze, że tego nie robię. Muszę planować, by w końcu wspomóc rodziców. A tak przy okazji — odezwała się głośniej — wiesz, że w te wakacje idę na praktyki do banku, w którym pracuje tata? Szef powiedział, że jeśli sprawdzę się, to może po licencjacie zatrudnią mnie w dziale księgowości!
Penelopa złożyła ręce w geście modlitwy i krzyknęła:
— Gratulacje! Bogowie bogami, ale życie toczy się dalej. Ja nawet nie myślałam jeszcze o praktykach, a ty…
— Przestań! — przerwała Kornelia. — Ja nie mam problemów takiej natury jak ty. Nie porównuj mnie do siebie. Na początku musisz się uspokoić i wydobrzeć! Dlatego powinnaś wrócić do szpitala i tam wypocząć.
Dziewczyna miała zamiar od razu sprzeciwić się pomysłowi Kornelii, ale powstrzymała się. Wydarzenia z poprzedniego dnia sprawiły, że nie chciała przebywać w obcych miejscach lub w tych, w których narażała na niebezpieczeństwo bliskie osoby. Ojciec i Kornelia byli zwykłymi ludźmi, a Pavor wciąż się ukrywał. Liczyła już tylko na ochronę ze strony Etylii, ale gdy przyszła do ukochanego miejsca, dotarło do niej, że liście usychają.
Rozejrzała się po raz ostatni w nadziei, że to tylko jej wyobraźnia, ale na próżno.
Nagle zamarła.
Wbiła wzrok w podłoże, mrugnęła kilkukrotnie. Raptownie wstała. Błądziła między kolejny drzewami, patrzyła na przechodniów i w końcu wróciła do zaskoczonej Kornelii.
— Coś się… stało? — spytała wątpliwie Kornelia.

— Nic. — Zadrżała. — Nic. Nic. Nic. — Złapała się za głowię. — Zawsze w drodze do domu spotykam tyle mitologicznych istot, a dzisiaj NIC. Tutaj mieszka Etylia, więc powinnam ją spotkać, ale nie spotkałam. Bałam się pozostać w szpitalu, bo czułam, że muszę tu być… Muszę… Nie ma mitologicznych stworzeń, wszystko zniknęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz