poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Rozdział 6 — Blizna


Pavor raptownie odsunął dziewczynę od siebie. Znał Penelopę od piętnastu lat, jednak jeszcze nigdy nie usłyszał od niej tak szczerego „przepraszam”. Nawet gdy dopuściła się największego głupstwa, starała się zachować pozory niewinnej osoby, kończąc rozmowę wrednym żartem. Tym razem jednak, bez najmniejszego powodu, dziewczyna zdecydowała się przeprosić Pavora, choć sam mężczyzna nie znajdował w jej czynach niczego, co wymagałoby przeprosin.
Jak miał teraz odpowiedzieć? Krzyczeć czy na spokojnie wytłumaczyć nieporozumienie? Wina nie leżała po stronie Penelopy, a samych bogów, ale mimo to złamała nakaz niemieszania go w swoje sprawy. Czy był zły? Raczej nie. Odczuwał głęboki spokój, a po części był wdzięczny za możliwość ponownego doznania smaku walki. Podnoszenie miecza w samotności, w domu nie mogło się równać z zatopieniem go w ciele przeciwnika. Były to tylko marne treningi, a teraz? Ponownie przywrócił instynkt wojownika, z którym się narodził.
Otrząsnął się.
Brakowało tak niewiele, by wyraz jego twarzy zamarł w szaleńczym uśmiechu. Nie mógł tego zrobić przy Penelopie. Chciał jak najdalej trzymać ją od swoich sekretów i trzymać w tajemnicy wszystko, co wiązało się z tamtym imieniem. Ale dlaczego? Do tej pory nie zastanawiał się nad tym, lecz musiał istnieć powód, dla którego tak długo wzbraniał się przed wyznaniem Penelopie prawdy. Jednak teraz nie miało to najmniejszego znaczenia…
— Głupi człowiek. Jesteście tacy słabi, ale umiecie pomóc — wyszeptał ostatecznie, sądząc, że tak będzie najlepiej.
— Ale miałam cię nigdy nie wołać. Miałam uciekać, ale nie znalazłam innego wyjścia, przepraszam. — Pokręciła głową, odpychając od siebie dłoń Pavora. — Przepraszam, naprawdę się wystraszyłam.
Coś pękło w sercu Penelopy. Lata ćwiczeń, złudzeń, że pierwsza walka przyniesie pozytywny efekt, i chęć zaimponowania Pavorowi… wszystko znikło niczym poranna mgła, gdy zetknęło się z rzeczywistością. Marzenia dziewczyny zmieniły się w popiół, pozostawiając jedynie gorycz porażki i świadomość, że nie jest zdolna mierzyć się z istotami mitologicznymi.
— Ty mała cholero! — Skrzywił się Pavor, nie wierząc, że sposób myślenia współczesnych dziewczyn może być tak nieodpowiedzialny i bezsensowny. Położył dłoń na nagrzanym czole. — Myślisz, że… O bogowie, jacy głupi są ci ludzie. Dziecko Lamii próbowało cię zabić! Myślisz, że wolałbym patrzeć teraz na twoje częściowo zjedzone ciało?
— Dziecko Lamii? — Zdziwiła się, zmieniając trochę temat. — Przecież one zostały zabite przez Herę. Niemożliwe, bym…
Położył palec na ustach Penelopy, przerywając jej.
— Później porozmawiamy. Teraz musze wiedzieć, czy wszystko z tobą w porządku? — rzekł stanowczym tonem.
— Poobijane żebra, siniaki na całym ciele, na nodze mam ciemny ślad i psychicznie jestem wykończona — wymieniła na jednym wydechu. — Nie krwawię, więc nie musisz drzeć koszuli.
Uśmiechnął się nieznacznie, kiedy Penelopa odpowiedziała w charakterystycznym dla siebie stylu. Nie mógł być tylko pewien, czy na pewno wszystko z nią już w porządku.
— Naoglądałaś się za dużo filmów.
— Może i tak, ale wolę sobie trochę pożartować. Uspokaja mnie to.
Pavor uniósł nogawkę od spodni i dokładnie przyjrzał się śladowi, o którym wspomniała Penelopa. Dotknął go ze wszystkich stron, ale wyglądał jak zwyczajny siniak. Mimo to dziewczyna ani razu nie zareagowała, kiedy mocniej go nadusił czy nawet uderzył. Penelopa niczego nie odczuwała, jakby był tylko nic nieznaczącym przebarwieniem skóry. Pavor chwycił się za podbródek, rozważając nad tym, czy jest to naznaczenie podobne do tego, które uzyskała od Eleonory, czy może nie powinien się o to martwić, a bardziej się skupić na poobijanym ciele dziewczyny.
— I co? — spytała nagle.
— Naprawdę nie wiem, co to może być. Wygląda niegroźnie, ale to, co tajemnicze i nieznane, zawsze sprowadza nieszczęścia.
— Nieznane prowadzi do zguby?
— Może — odparł lakonicznie.
— Pavor… — zaczęła, ale nie dokończyła. Może było to tylko złudzenie, ale Penelopa odnosiła wrażenie, że Pavor, odkąd stoczył walkę, zmienił się…. Mistrz, którego znała, cechowała tajemniczość, małomówność, ale obecny i mimika twarzy sprawiały, że rodziły się w niej wątpliwości.
— Mogę zadzwonić po lekarza.
Penelopa pokręciła głową. Wcześniejsze spostrzeżenia zachowała dla siebie. Gdyby zapytała, najpewniej odpowiedziałoby jej milczenie.
— Nie możemy. Nawet nie mamy odpowiedniej bajki, by to wyjaśnić. Granica ukryje bałagan sprzed domu, ale wyglądam tak, jakby ktoś mnie pobił.
— Zaniosę cię do domu, a ty stamtąd zadzwonisz. Obiecujesz?
— Na mój honor — odparła.
Pavor uśmiechnął się, ale był pewien, że dziewczyna nie posłucha się. Mógł tylko liczyć na pomoc Eleonory, która potajemnie uleczy poważniejsze urazy doznane przez dziewczynę. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie umiał jej znaleźć. Zawsze znikała w sytuacjach, kiedy najbardziej była potrzebna. Problem polegał tylko na tym, że Pavor nigdy nie miał nic do powiedzenia w tej sprawie. A kilkanaście minut wcześniej Eleonora stanowczo mu to uświadomiła.
Zaniósł Penelopę do pokoju obok i położył na starej, skórzanej kanapie, która stała na środku salonu. Naprzeciw niej znajdował się telewizor z pięcioma podstawowymi kanałami i odtwarzacz do kaset VHS, które Pavor miał w zwyczaju kolekcjonować. Połowa prostopadłej do drzwi ściany zajmowały same kasety z filmami z najróżniejszych gatunków — od romansów po thrillery i horrory.
Penelopa, zauważając leżące na szklanym stoliku puszki po piwie, zebrała je i odstawiła na podłogę, robiąc miejsce na apteczkę, po którą Pavor poszedł. Wrócił po niecałych pięciu minutach i stanął nad dziewczyną, która położyła się, wcześniej zdejmując bluzę i koszulę.
— Okropnie to wygląda — powiedział, oglądając dokładnie wyłaniające się śliwy na ciele Penelopy.
— Posmaruj i miejmy to za sobą, a w międzyczasie możesz powiedzieć mi coś o Lamii. Chyba że znowu przede mną chcesz wszystko ukryć — dodała ciszej.
Pavor wycisnął trochę maści na swoją dłoń i, w milczeniu przyłożył ją do gorączkującego ciała Penelopy. Zadrżała, choć trwało to tylko moment. Uspokoiła się i zaraz wbiła wzrok w ścianę, unikając wzroku mistrza. Nie czuł się winny obecnej sytuacji, mimo to, przynajmniej w ramach przeprosin, postanowił powiedzieć więcej nic zawsze.
— Lamia była jedną z wielu, wielu kochanek Zeusa. — Pavor wziął głęboki wdech, czując ukłucie w sercu. Za każdym razem gdy opowiadał Penelopie o świecie bogów żałował decyzji sprzed lat i myślał o tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby tego pamiętnego dnia nie zdecydował się zdradzić własnego ojca i całego Olimpu. — Była piękną, zawsze uśmiechniętą ludzką kobietą, która wprowadziła do życia Zeusa coś więcej niż tylko kilka, wspólnych nocy — kontynuował. — Urodziła mu dzieci, które Zeus zaakceptował, a które Hera wyklęła. Nie mogła znieść, że jej mąż jest szczęśliwy z inną kobietą niż ona sama. Zeus odsunął Herę, nie dopuszczał jej do siebie, więc w ramach zemsty zabiła lub kazała zabić wszystkie dzieci Lamii. Mit o niej przetrwał, ale w mocno okrojonej wersji. Wiedzą to tylko ci, którzy byli tego dnia na Olimpie. Lamia dostała zaproszenie od Hery; mogła wejść do świata bogów i tam spotykać się z ukochanym. Kiedy znalazła się na miejscu, jej oczom ukazała się brama. Brama ta została zrobiona z ciał jej dzieci, wbitych na szpikulce i uformowanych w kształt przejścia. Załamana kobieta wróciła na ziemię, zaczynając mordować każde napotkane dziecię. Przekonana o zdradzie Zeusa obiecała sobie, że już nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Piękna niczym rozkwitający kwiat przybrała maskę zła i grozy. Zdejmowała ją, gdy ujrzała mężczyznę, kusiła swym pięknem, po czym zabijała i zjadała ich ciała. Kiedy Zeus ujrzał ją po latach, zesłał na nią karę w postaci ogona węża. Jednak mimo tej brzydoty, twarz miała nadal piękną, a piersi i ramiona niezmienione. Dlatego wędrowała dalej i zabijała, nawet po dziś dzień.
— Po dziś dzień? — przerwała, nie umiejąc już wytrzymać narastającego napięcia.
— Po dziś dzień — powtórzył, a wyraz jego twarzy nadal się nie zmienił. Pavor był spokojny, nawet za spokojny. Myślał o okropnościach, które bogowie sami zesłali na niewinnych, słabych ludzi. Wcześniej nie zwracał uwagi na takie detale. Uważał za słuszne i normalne czyny, które dziś go brzydziły… Niepokój ciągle narastał wraz z myślą, że faktycznie wiele się zmieniło w ciągu tych ostatnich lat, a najbardziej on sam.
Penelopa zbladła, co zaniepokoiło mężczyznę. Wyszedł na chwilę na korytarz i powrócił z grubym kocem na rękach. Przykrył nim dziewczynę aż po samą szyję, martwiąc się, czy przypadkiem nie przeziębi się przez to przydługie nakładanie maści. Położył swoją dłoń na jej czole. Na początku dziewczyna doznała dreszczy, ale potem zrozumiała, że bliskość Pavora uspokaja ją. Mimo tak wielu niebezpieczeństw, które czyhały obok niej, wiedziała, że jest bezpieczna przy mistrzu. Zamknęła oczy, biorąc kilka głębokich wdechów.
— A dzisiaj? Czego chciała? Wspominałeś, że to ty byłeś jej celem? Kim było to dziecko? — zasypała mężczyznę gradem pytań.
— Lamia powiedziała mi, że Atena zwróciła jej dzieci w zamian za sprowadzenie mnie z powrotem na Olimp.
— Ol… — nie dokończyła, w ostatniej chwili przypominając sobie, że miała nigdy nie pytać o historię Pavora.
— To niemożliwe, by dzieci Lamii zostały zwrócone. Sama widziałaś tego potwora, ale przecież jej to nie przeszkadzało. Była taka szczęśliwa, że nawet uwierzyła mi, kiedy… Nieważne. Dlatego tym razem to nie była twoja wina i tego naznaczenia, tylko moja… Oni szukali mnie.
Tylko tym razem, pomyślała Penelopa, przypominając sobie, ile to razy musiała uciekać przed stworzeniami mitologicznymi, tylko dlatego że posiadała tajemnicze naznaczenie na czole. Wszystkie te sytuacje nie mogły się równać ze zdarzeniem sprzed niedawna, ale mimo to miały miejsce.
— Przepraszam — szepnęła nagle, zasłaniając ręką oczy.
— Mówiłem ci…
— Wiem! — przerwała Pavorowi. — Wiem, że to nie moja wina. To tylko zbieg okoliczności, że stałam się celem — naprawdę to rozumiem. Wiem, że musiałam wezwać cię, poprosić o pomoc. Ale… — Jej głos załamał się. — Ale okryłam, że jestem tylko słabym człowiekiem. Kiedy zacząłeś mnie uczyć, naprawdę wierzyłam, że będę silna. W pewnym momencie zaczytałam się w książkach, w których występowali herosi. Oglądałam filmy, by poznać sposoby na bogów i nauczyć się reagować. Patrzyłam na bohaterów, którzy pokonywali strach i ruszali przed siebie bez cienia wątpliwości. Nie chciałam walczyć, nie chciałam nawet ryzykować, lecz wierzyłam, że kiedy stanę przed zagrożeniem, uda mi się być jak oni... Wiesz co się okazało? Zrozumiałam, że to nie jest takie proste. Wciąż brakuje mi wiedzy, umiejętności i talentu. Brakuje mi tak wielu cech, które posiadali herosi. Ale przecież ja nie jestem herosem, ja jestem zwykłym, prostym człowiekiem, który po prostu stał się elementem przeznaczenia.
Pavor słuchał Penelopy z przerażeniem. Była pierwszym człowiekiem, który otworzył się przed nim w taki sposób, a którego pragnął nadal słuchać. Nie kazał dziewczynie milczeć, co zadziwiło nawet jego samego. Jedynie położył dłoń na czole studentki i powoli zaczął gładzić mokrą twarz, okazując troskę i współczucie — uczucia, które w zasadzie były mu obce. Nie znał czasu, nie umiał nawet zliczyć lat, które przeżył na Olimpie i wśród ludzi, ale to nie ten czas sprawił, że stał się inną osobą. Piętnaście lat i Penelopa doprowadziły do jego słabości, które, ku zaskoczeniu Pavora, przynosiły mu szczęście.
— Jestem tutaj, by cię chronić — zapewnił.
— A ja myślałam, że nie chcesz mnie niańczyć.
— Bo nie chcę. — Oburzył się. — A ty tego nie potrzebujesz. Dzisiaj pokazałaś, że myślisz lepiej ode mnie w sytuacji zagrożenia.
— Jak można wybiec bez jakiejkolwiek broni? — Zaśmiała się.
— Wiedziałam, że mi ją przyniesiesz.
— Akurat! — powiedziała, choć ciszej niż się jej wydawało. Czuła ogarniające ją zmęczenie, chęć zamknięcia oczu i spania do czasu, w którym cały stres minie. — Zapomniałeś i tyle — dodała.
— Może…
Pavor nie potrafił kłamać, gdy chodziło o tak błahe sprawy. Inna rzecz się miała przy ważniejszych sekretach — wtedy umiał długo wodzić za nos i nie pokazywać po sobie tego, że coś ukrywa. Teraz może nie miało to najmniejszego znaczenia. Penelopa zamykała pomału oczy, choć pragnęła jeszcze trochę zachować świadomość i spytać Pavora o kilka rzeczy, gdy ten jest skory do ich ujawniania. Jednak zmęczenie przezwyciężało chęci Penelopy. Mimowolnie powieki opadły, a dziewczyna zaczęła spokojnie oddychać, mogąc nareszcie odetchnąć po ciężkim poranku.
— W końcu — szepnął Pavor, przysuwając koc pod sam podbródek Penelopy. Przed sofą położył kilka poduszek na wypadek, gdyby uczennica zechciała spadać na podłogę (co zresztą nie zdarzało się rzadko) i wstał. — Jeśli tu jesteś jeszcze, Eleonoro, ulecz ją, proszę…
Nie rozumiał, dlaczego poprosił akurat o to. Może próbował zachować pozory Pavora, którego oczekiwała tajemnicza kobieta? Jednak sądził, że prawda leży bliżej i jest dużo prostsza niż mogłoby się wydawać — zależało mu na Penelopie.
Prychnął pod nosem, po czym rozejrzał się po pokoju, zastanawiając się, czy faktycznie Eleonora wciąż tu jest. Niewidzialna czy nie, i tak nie umiał wyczuć jej obecności. Więc po prostu opuścił pomieszczenie i stanął przed lustrem, które wisiało na korytarzu.
— Cholera! — syknął, gdy dostrzegł krew spływającą z otwartej rany znajdującej się dokładnie w miejscu starej blizny.
Chwycił jakąś starą szmatkę i przetarł nią twarz, czując ostry ból, który promieniował ze skroni i policzka. To jakieś żarty, pomyślał, przypominając sobie całą walkę z Lamią. Przez krótki moment zapomnienia stał się tym, którego imienia się wyparł. Jednak nie odczuwał żalu czy strachu, a przeogromną satysfakcję. Starał się nie uśmiechać, choć kąciki ust drgały w nieustannym rytmie, aby tylko unieść się w przerażającym uśmiechu.
Dłoń Pavora dotknęła chłodnej powierzchni lustra — gładkiej i nieskazitelnej — by zostawić na niej ślad ciemnej krwi. Jego własne odbicie było dowodem, że wszystko zaprzepaścił. Eleonora znajdowała się tak niedaleko, a lęk przed jej gniewem napawał Pavora poczuciem wstydu. Dawny on nigdy nie skuliłby ogona przed kimś takim, a teraz? Słabeusz, tchórz i niemal człowiek…
— „Jedno słowo obróci cię przeciwko twemu domowi, drugie zdradzi osobę, którą pokochałeś, a trzecie ponownie odbierze ci to, co uzyskałeś. Raz podniesiony miecz przeciw Olimpowi drugi raz wbije swe ostrze w ciele boga, a trzeci zakończy twe życie” — powtórzył niemal bezgłośnie przepowiednię, którą otrzymał jeszcze przed setkami lat, nie wierząc w nią przez ten cały czas, aż do dnia sprzed piętnastu lat. Mógł interpretować ją na wiele sposobów, ale ostatnia fraza była jednoznaczna — śmierć na niego czekała.

I jak? Podobało się? W zasadzie niewiele się dzieje, ale chcę jeszcze przedstawić tylko historię Penelopy, jej ojca i już idziemy do najważniejszych wydarzeń. Poza tym, co sądzicie o przepowiedni? Zapraszam do komentowania!

2 komentarze:

  1. Fakt, niewiele się działo w tym rozdziale, ale i tak mi się podobał :)
    Podoba mi się to zderzenie z rzeczywistością, jakie przeżyła Penelopa. Lubię, kiedy bohaterowie uświadamiają sobie swoje słabości ^^

    Pozdrawiam,
    ellain.
    http://smak-magii.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie to cieszy! Sama nie lubię, kiedy bohaterowie w książkach pchają się na ślepego w walkę, nie rozumiejąc, że mimo wszystko są słabi. Nie wyciągają żadnych lekcji, tylko dalej idą w zaparte :)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam

      Usuń

Postęp prac

Granica Olimpu 7 - Oczekiwania

40%

Stan bloga

20%