piątek, 13 lipca 2018

Rozdział 26 — Ścieżka


Penelopa otarła czoło z potu, po czym zdjęła z siebie koszulkę, pozostając w samym biustonoszu pośrodku lasu. Duchota zdawała się niemiłosiernie pogłębiać z każdym krokiem, który stawiała w głąb niekończącej się głuszy. Komar zabzyczał tuz obok ucha, powoli siadając na opuchniętym ramieniu. Odnóża zaczepiły się o skórę. Penelopa szybko machnęła, zabijając wredne robactwo jednym ruchem, po czym zrzuciła je z siebie, wypatrując innych.
— Świat bogów a niby nie wynaleźli niczego, co mogłoby się pozbyć tego robactwa — zażartowała, choć nie zamierzała choćby parsknąć cichym śmiechem. Nie w tej chwili.
Wyjęła schowaną między piersiami mapę, rozwijając ją, gdy minęła dwa identyczne dęby. Rozejrzała się i spojrzała na wykreślony na materiale teren, z którego ledwo co umiała wyczytać. Zmieniła pozycję mapy, a następnie jeszcze raz ją wywróciła, nie znajdując choćby jednego punktu, który mógłby ją zaprowadzić do Pavora. Jednak nawet mimo tych wątpliwości, czuła, że znajduje się blisko. I nie tylko on. Erik zapewnie wciąż podążał jej śladem, a jeśli jemu wierzyć, to z Pavorem przebywał sam Ares.
Odruchowo sięgnęła do kieszeni, dokładnie obmacując ją. Kształt fragmentu lustra wyraźnie zarysował się na powierzchni spodni. Ścisnęła go przez ubiór, wyczuwając ostre krawędzie, które niemal przebijały się przez gruby materiał. Niewielkie dziurki nakreśliły się wokół części pękniętego lustra.
Przykucnęła, podnosząc z ziemi kamień, który zmieścił się w jej dłoni. Zawinęła go w bluzę i przewiązała całość przez biodra, mając nadzieję, że po drodze niczego nie zgubi. Droga zaczęła być prosta — bez żadnych wzniesień, z których wcześniej spadała niejednokrotnie. Ścieżka wydawała się rysować prosto do celu, do Granicy Olimpu. Drzewa się rozsunęły, a cisza pochłonęła wszelkie hałasy.
Za spokojnie, pomyślała, mając na uwadze wcześniejsze doświadczenia ze zbyt cichymi miejscami. Przetarła całą twarz, po czym uderzyła się w policzki. Czego innego oczekiwała? Przecież wciąż znajdowała się w krainie bogów.
Jeszcze raz luknęła na mapę. Nie potrzebowała jej — tako samo jak Eric. Chwyciła ją w połowie i rozdarła na pół. Potem zrobiła tak jeszcze raz, powtarzając czynność wielokrotnie, aż pozostały jedynie strzępy, które rozrzuciła wokół siebie. Poprawiła sznurówki, sprawdzając, czy buty dobrze trzymają się na nogach. W każdej chwili bieg mógł się okazać zbawienny. Tym razem nie pozwoli sobie na pomyłkę.
— Myślisz, że sama dasz sobie radę?
Eric wyszedł na ścieżkę, zastanawiając dziewczynie drogę. Odruchowo cofnęła się. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że i tak musi mknąć na przód. Za plecami nie znajdowało się nic, do czego mogła wracać. Wyprostowała się i podeszła do mężczyzny, stając kilka kroków od niego.
— Na pewno nie będę polegać na tobie — oświadczyła, wypinając dumnie pierś.
— A wiesz, że… — Wskazał na jej niemal gołą klatę.
— Tak.
— A tak poza tym… — Podrapał się po włosach. — Nic ci nie jest? Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić.
Penelopa uśmiechnęła się delikatnie. Uwierzyła mu, bo przecież misją było dostarczyć ją bezpieczną pod Granicę Olimpu.
— Może spróbujemy jeszcze raz? — Wyciągnął dłoń. — Spróbujmy sobie pomóc.
— A co możesz dać mi w zamian?
— Nie wiem, może… — Wzruszył ramionami.
Penelopa gwałtownie złapała się za prawy bok, przykucając. Jej oddech stał się nierówny i ciężki. Ciemny ślad zaczął pulsować. Eric przybliżył się. Rozejrzał się wokoło, sprawdzając, czy są bezpieczni, po czym pochylił się nad dziewczyną. Złapał ją za ramiona.
— Możesz iść? Może wciąć cię na plecy? — zaproponował grzecznie.
— Ja… — przerwała.
Wykrzywiła twarz w grymasie pełnym bólu. Ręce opadły jej luźno. Eric zacisnął usta w wąską linijkę, obawiając się, że nie zdąży wyminąć Aresa i trafić nad Granicę, zanim Penelopa umrze. Przesadził. To była jego wina i w tym momencie mógł tylko pospieszyć się — ruszyć bez żadnego planu, aby tylko przybyć na czas.
Nagle Penelopa owinęła ręce wokół jego szyi. Jedną nogę zgięła w kolanie, a drugą oparła się o ziemię. Podskoczyła, celując prosto w nos Erica. Mężczyzna szybko złapał za jej udo, przychylając dziewczynę na prawą stronę. Puściła go. Ręką sięgnęła za siebie, wyjmując fragment lustra z kieszeni. Zamachnęła się i podcięła mu czoło, zanim zareagował. Krew chlusnęła mu prosto z oczy.
Penelopa oparła się nadgarstkiem o podłoże. Stopą odepchnęła się od ziemi, wykonując w powietrzu obrót. Stanęła na równe nogi i ruszyła przed siebie biegiem, pozostawiając za sobą jeszcze zdezorientowanego mężczyznę.
— Cholera! — wrzasnął, rzucając się biegiem za Penelopą. Przetarł ranę, lecz krew zaraz znowu się zebrała wokół przecięcia, skapując prosto na oczy. — Cholera!
Zacisnęła mocniej kawałek lustra, rozcinając sobie skórę aż do krwi. Obejrzała się przez ramię — Erik doganiał ją. Przyspieszyła nieznacznie, choć każdy krok odbierał jej powietrze do tego stopnia, że z trudem oddychała. Sapanie narastało. Pot spłynął po jej nagim ciele, a dreszcze przeszły przez gołe plecy, zatrzymując się na krzyżu.
— Stój! — rozkazał.
Nawet przez myśl jej nie przyszło, by się posłuchać. Z każdym uderzeniem serca znajdowała się coraz bliżej krańca ścieżki. Szaleńczy uśmiech pojawił się na twarzy Penelopy. Zaśmiała się, ciesząc z tego, że zaraz znajdzie się w miejscu, które będzie jej grobem. Ucieknie Erikowi, by wejść w objęcia innego mordercy.
— Powiedziałem: zatrzymaj się! — ostrzegł po raz ostatni.
Dogonił Penelopę i od razu pochwycił ją w nadgarstku. Podciął jej nogi, przewracając za ziemię. Kolano przycisnął do jej karku, nie pozwalając, aby wykonała choćby najmniejszy ruch.
— Puść — nakazał.
Zacisnął uścisk na nadgarstku, wykręcając równocześnie całą rękę w barku.
— Puść albo wyrwę ci tę pieprzoną rękę! — wrzasnął.
Wypluła z ust ziemię. Zebrała w sobie siły, unosząc kilka centymetrów nad powierzchnią głowę. Jednak Erik zaraz przydusił ją znowu. Z nosa spłynęła krew. Wydmuchała ją, rozpryskując wokół siebie. Aczkolwiek nie wypuściła przedmiotu z dłoni. Krwawiła. Coraz bardziej piekło ją. Ścisnęła lusterko jeszcze mocniej.
— Małe deja vu — powiedziała, wspominając podobne zdarzenie sprzed kilku godzin. — Masz takie małe zboczenie, Eriku?
— Naprawdę…
— Co naprawdę? — spytała. — Do tej pory nic mi nie zrobiłeś. Nie możesz mnie skrzywdzić.
Ogarnęła ją całkowita obojętność. Wszystko straciło znaczenie. Nie bała się pyskować Erikowi, dogadać mu i wkurzyć. Nie ważne, co zrobi, jak ją skrzywdzi, i tak ma dotrzeć do jednego i tego samego miejsca.
— Pomyliłaś się. — Przekręcił ramię dziewczyny. — Mogę.
Jej ręka przyległa do pleców. Erik złapał ją w łokciu, po czym zaczął ciągnąć dłoń w drugą stronę. Kawałeczek po kawałeczku, naciągając mięśnie tak, aby stopniowo pękały, roznosząc z siebie bolesne impulsy po całym ciele.
Zacisnęła zęby, powtarzając sobie, że nic nie czuje. Jednak bolesne impulsy przechodziły jedne za drugimi w niekończącym się ciągu.
— Ostatni… — Nie dokończył.